czwartek, 30 października 2014

Ogłoszenie | odpowiedź na hejty


''Droga autorko opowiadania o Alison.
Czy łaskawie możesz mi powiedzieć, kiedy będzie nowy odcinek na twoim blogu?! Pisałaś, że potrzebujesz dwóch tygodniu na odpoczynek – okej rozumiem. Ale te dwa tygodnie to przeciągnęły się już w miesiąc. Ogarnij się dziewczyno i zrób coś ze sobą. Jak mamy czekać na nowy odcinek, kiedy nie dotrzymujesz obietnic?! Nie wiem kim jesteś, ale z łaski swojej rusz dupę i coś dodaj bo wszyscy czekają na nowy odcinek.  Wiesz jak się w tej chwili zachowujesz? Jak jakaś rozwydrzona suka i nie wiadomo jaka gwiazdeczka. Otwórz oczy, bo niedługo NIKT nie będzie czytał twojego opowiadania.

Ogar laska .''

      Okej. ODPOWIADAM OSOBIE, KTÓRA MI TO WYSŁAŁA: Tak, doskonale zdaje sobie sprawę, że nie dodałam odcinka tak jak obiecałam i wiesz co? ŹLE SIĘ Z TYM CZUJE. Wiem, że zawiodłam wszystkich których czytają, ale to nie jest takie łatwe usiąść i coś napisać- szczególnie teraz, kiedy mam ZA DUŻO spraw na głowie. Dla Twojej wiadomości: w obecnej chwili jestem w klasie II LO i mam ZAGROŻENIE z matmy, z którego próbuje wyjść. Chcę coś dodać, naprawdę - mam spisany plan na kolejne 5 odcinków, ale naprawdę... nie mam czasu usiąść i zacząć pisać. Postaw się w mojej sytuacji, zawalam szkołę, uciekają mi terminy, nie sypiam po nocach, przygotowując się do testów i pisze scenariusz na prośbę nauczycielki. Nie mam czasu zrobić w domu zadania domowego, robię je dopiero na przerwach następnego dnia. W domu też kolorowo nie mam, ciągłe wizyty u lekarza i faszerowanie się tabletkami nie jest takie fajne okej? Szczególnie kiedy po prochach jesteś ospały i nie marzysz o niczym innym ja pójściu spać.... czy na moim miejscu byłabyś wstanie coś napisać?

     Wyjaśnienia są żałosne, wiem- ale nie chce powtarzać klasy, nie chce być wiecznie pokłócona z rodziną czy przyjaciółmi- oni są dla mnie ważni, tak jak moje zdrowie.

     To nie jest jedyna wiadomość jaką dostałam. Trochę dziwnie się poczułam widząc ogrom listów od Was, niektóre z jednym pytaniem: ''Kiedy nowy odcinek?'' a inne w stylu tego który wkleiłam na górze. Okej rozumiem- zawiodłam na całej linii, macie prawo być na mnie źli, macie prawo mnie hejtować, ale nie macie prawa mnie obrażać. Z całym szacunkiem- nie znacie mnie, nie wiecie jaka jestem w realu, tak samo jak ja nie znam Was. Czy ja Was obrażam? Nie. Więc proszę... uszanujcie to.

     Dla wiadomości: Pracuję nad kolejnym odcinkiem i mam ogromną nadzieję, że dodam go w weekend. Dziękuję wszystkim osobom, które skutecznie mnie broniły przed hejtami. Dziękuję i przepraszam.

Ch.

niedziela, 28 września 2014

Urlop

Taaak. Zapewne czekacie na nowy odcinek. Chapter XXXV nie pojawi się dzisiaj, za co bardzo Was przepraszam. Chyba wszyscy zauważyli, że odcinki stają się krótsze, bardziej nudne... Dlatego, chcąc uchronić Was przez całkowitym zaśnięciem w trakcie czytania:
ZAWIESZAM BLOGA NA DWA TYGODNIE.

Wiem, ja też tego nie chcę, ale muszę odpocząć przez chwilę, nabrać jakiś nowych pomysłów i zacząć patrzeć na bloga tak samo jak na początku. Mam nadzieję, że nie odejdziecie, że poczekacie te 14 dni. 
W ciągu tych dwóch tygodni, znajdziecie mnie na blogu o Taylor ( Tokio Hotel), gdzie opublikuję epilog, oraz na blogu o Nieznajomym ( do końca zostały tam już tylko dwa odcinki). Kiedy tutaj wrócę, będę prowadzić już TYLKO dwa blogi, a nie jak teraz pięć.
See you soon i mam nadzieję, że zobaczymy się w tym samym gronie.
Kocham Was, i jeszcze raz przepraszam.
Zawieszenie to okropne słowo, nie lubię go używać, ani widzieć na jakimkolwiek blogu, dlatego... nazwę to inaczej. Biorę dwutygodniowy urlop :D O. I od razu inaczej brzmi... tak bardziej... pozytywniej.
Ch.
P.S. Blog znajdziecie również na Wattpad: KLIK

poniedziałek, 22 września 2014

Chapter XXXIV

******

Aliosn P.O.V.

     Z okrzykiem radości rzuciłam się na łóżko wypuszczając ze świstem powietrze. W progu pokoju, z uśmiechem na ustach stał Louis, ciągle trzymając moją torbę ze szpitala. Szatyn nie zgodził się na to,  abym niosła swoje rzeczy,  tłumacząc się tym,  że nikt nie chce widzieć mnie ponownie podpiętą do różnych maszyn. Wdałamsię z nim w małą kłótnie,  jednak mimo to nie udało mi się nic wskórać, a Louis został moim chłopcem na posiłki.
     Chłopak odłożył ją koło drzwi i pomału podszedł do mnie, a chwilę później leżał już na pościeli z rękami pod głową, wpatrując się w sufit. 
- Jak się czujesz?- zapytał przenosząc swój wzrok na mnie. Zażenowana przewróciłam oczami, uświadamiając sobie, że podczas ostatnich kilka minut ciągle słyszę to samo pytanie. Na samym początku zapytał się mnie o to Niall, potem Liam, Zayn, nawet Harry wykazał zainteresowanie moim stanem zdrowia. W domu, oczywiście rodzice, rzucili ten sam tekst, więc miałam nadzieję, że Louis odpuści. Jak widać...  Nie ma mowy. 
- Bardzo zabawne, wiesz?- rzuciłam podnosząc się i kładąc głowę na jego torsie. Jego ręka automatycznie powędrowała do moich włosów, bawiąc się jednym kosmykiem. Odkąd pamiętam, zawsze gdy leżeliśmy razem obok siebie, to była właśnie nasza pozycja. Na samym początku chłopcy myśleli, że jesteśmy parą, jednak po kilku razach, zdążyli się już przyzwyczaić do naszych zachowań. Gdyby jakiś postronny obserwator widział nasze zachowanie, na sto procent wziąłby nas za parę, wnioskując to z samego leżenia i obejmowania.
- No weź...- zaśmiał się przez co jego klatka piersiowa lekko zadrżała. - uwielbiam cię wkurzać...- dodał po chwili.
- Spadaj...- wymamrotałam, wpatrując się w sufit.- Louis... wyciąłeś torbę z mojego bagażnika?- zapytałam poprzypominając sobie o pieniądzach. Szatyn podniósł się, przez co natychmiast opadłam na łóżko. Obserwowałam jak podchodzi do szafy, otwiera ją, a po chwili na środku pokoju ląduje ogromna szara torba z pieniędzmi z wyścigu.
     Poderwałam się i upadłam na kolana obok torby, jednym szybkim ruchem otwierając zamek. Chwyciłam materiał, odwracając go do góry nogami, a po chwili do moich uszu dobiegł szelest spadających pieniędzy. Zmrużyłam oczy, widząc, że jest tego trochę za dużo.
- Nie... to niemożliwe- wyjąkałam szybko przeliczając gotówkę. Po kilku minutach zamknęłam oczy, chowając głowę w ramionach- Chan, ty idioto...
- Alison? Co jest?- usłyszałam głos Lou, a następnie poczułam jak przyciąga mnie do siebie.
- Chan nie zabrał swojej części...- wyjąkałam.- Zostawił mi całą wygraną... całe sto tysięcy.
     Chłopak delikatnie gładził mnie po ramieniu, wpatrując się w wysypane pieniądze. Cały czas zastanawiałam się, dlaczego Chan zostawił mi wszystko, nie zabierając swojej i chłopaków działki. Nie taka była umowa....
     Westchnęłam odsuwając się kolejny raz od ramion Tommo, niepewnie podchodząc do okna i wyglądając przez nie. Na podjeździe stał niebieski samochód z światłami na dachu. Policja. Cholera.
- Kurwa...- jęknęłam podbiegając do dywanu i z zawrotną prędkością, pakując pieniądze do torby.- Psy tutaj są... Schowaj ja gdzieś, nie mogą tego zobaczyć.
     Rzuciłam chłopakowi materiał, biegnąc w stronę łóżka i siadając na nim. Louis rozglądał się przez chwilę po pokoju, poczym szybko przeszedł do okna, otworzył go i wyrzucił torbę na zewnątrz. Przez chwilę nie było nic słychać, jednak po sekundzie do moich uszu dobiegł głośny plusk i krzyk zaskoczonego Harry'ego.
- Ej!- wrzasnął. Zaciekawiona podeszłam do chłopaka spoglądając w dół.- Co to było?
- Kopnij ją pod ścianę, nikt  nie może jej zobaczyć...- syknął, zamykając okno i odwracając się do mnie przodem. Z korytarza dobiegły do mnie kroku kilku osób. Już tu idą.- Alison... przepraszam za to.- rzucił, spoglądając na mnie.
     Zdezorientowana spojrzałam na chłopaka, kiedy nagle szybko zostałam przyciągnięta do niego, a nasze usta... zetknęły się. Zaszokowana odwzajemniłam pocałunek, a po chwili Louis podniósł mnie i oparł o ścianę. Instynktownie wsunęłam swoje ręce w jego włosy, przyciągając go bliżej siebie. O matko. Czy ja własnie całuję się z Louisem Tomlinsonem?
     Do naszych uszu dobiegło głośnie chrząkniecie, więc szatyn niechętnie odsunął się ode mnie, pozwalając mi stanąć na własnych nogach. Spojrzałam w stronę drzwi, gdzie zauważyłam dwójkę policjantów i zdezorientowanego Nialla.
- No... ja... - wyjąkał patrząc raz na mnie, raz na Lou.- Tomlinson musimy wyjść... pogadać.
     Louis westchnął, całując mnie w czoło i opuszczając mój pokój razem z blondynem. Zostałam sama z policjantami.
- Alison Evans, prawda?- Zapytał jeden z nich nieznacznie się uśmiechając. Skinęłam głową, podchodząc o łóżka i siadając na nim.- Chcemy panią przesłuchać w sprawie zabójstwa Chana Song. Czy jest nam pani w stanie odpowiedzieć na kilka pytań?
     Skinęłam głową, biorąc do ręki jedną z poduszek. Wygląda na to, że czeka mnie długi ranek.

Louis P.O.V.

     Cicho zamknąłem drzwi do pokoju Alison, schodząc po schodach do salonu. Na karku czułem ciepły oddech Horana, a po jego krokach mogłem wywnioskować, że jest wściekły. Rozumiałem go, na jego miejscu również bym był, gdybym przyłapał moją siostrę na całowaniu się z jakimś kolesiem, albo z jednym z moich przyjaciół. W sumie to cud, że nie rzucił się na mnie już w pokoju blondynki.
     Pewnym krokiem wkroczyłem do salonu i usiadłem na kanapie obok rozwalonego Zayna. Wyrwałem mu z dłoni piwo, odlewając sobie część do stojącego obok kubka. Mulat nawet nie drgnął, był przyzwyczajony, że alkohol, dość długo nie postoi w jego posiadaniu, kiedy znajdujemy się w tym samym pomieszczeniu. 
- Louis...- spojrzałem na stojącego przede mną Nialla.- Co to do cholery było?
     Wzruszyłem ramionami, przykładając szklankę do ust. Co miałem mu powiedzieć? Doskonale wszystko widział, więc nawet zaprzeczyć nie mam jak.
- Do diabła!- krzyknął podchodząc do mnie.- Powiedz mi po jaką cholerę całowałeś się z moją siostrą, kiedy masz dziewczynę?!
     Zaskoczony Zayn oderwał wzrok od telewizora, spoglądając na mnie i na Nialla. Westchnąłem cicho uświadamiając sobie, że nie mogę powiedzieć mu prawdy, skoro sam jej nie znałem. Nie miałem pojęcia dlaczego pocałowałem Alison... zresztą miałem ochotę uczynić to już od kilku dni.
     Uświadomiłem sobie w szpitalu, kiedy siedziałem obok niej i obserwowałem jej pocięte nadgarstki, że ta dziewczyna jest dla mnie cholernie ważna. Nie jak siostra, czy przyjaciółka. Inaczej... tak trochę... jak dziewczyna.
- Chwila, chwila, chwila...- zawołał Mulat, podnosząc się na równe nogi.- Czy ja dobrze usłyszałem? Tomlinson całował się z Evans?- zaśmiał się klaszcząc w dłonie.- Niall cię zapierdoli, Tommo.
- Zamknij się Zayn- warknąłem w jego stronę , skupiając swój wzrok na Horanie. Złożył ręce na piersi i wpatrywał się we mnie ze złością wymalowaną w oczach. Spuściłem wzrok na trzymany przez ze mnie kubek z alkoholem, nagle tracąc na niego chęć. Odstawiłem go na stolik, zaciskając dłonie w pięści. Do diabła. Czy ja zawsze muszę się w coś wpakować?
- Musisz powiedzieć o tym Eleanor...- blondyn westchnął siadając obok mnie.- Nie mam pojęcia co się wydarzyło, tam na górze, ale według mnie El, powinna o tym wiedzieć. Gdyby ona całowałaby się z innym, na pewni by ci o tym powiedziała.- dodał po chwili.
- Wiem... ale Niall... zrozum, ja... nie mam pojęcia dlaczego to zrobiłem.- wymamrotałem gubiąc się.- Ja... Niall, nie mów nic Eleanor. Wkurzy się jak to usłyszy i ucierpi na tym Al, dobrze wiemy że się nawzajem nie lubią...- wystękałem patrząc błagalnie na przyjaciela. Blondynek po namyśle, skinął głową, a ja mogłem odetchnąć z ulgą. Eleanor nie dowie się moim wyskoku... mam nadzieję.
- Louis!- do salonu wpadł zdenerwowany i mokry Harry. W ręku trzymał torbę, którą wyrzuciłem z pokoju Alison. Kurwa.- Co to miało być?
- Cholera Harry...- jęknąłem zrywając się, biorąc torbę i wybiegając do ogrodu. Podbiegłem do najbliższego krzaka, gdzie wrzuciłem materiał wypchany mokrymi pieniędzmi.- Czego nie zrozumiałeś, w zdaniu: ''przesuń to pod ścianę''?- warknąłem w kierunku zdziwionego moim zachowaniem przyjaciela.
- Skąd masz tyle forsy?- zapytał, olewając moje pytanie. Zacisnąłem usta, rozglądając się dookoła.- Tam jest co najmniej ze sto tysięcy.
- Wiem...- warknąłem podchodząc do niego.- To jest kasa Alison. Policja nie może jej znaleźć.
- I dlatego wrzuciłeś torbę pełną pieniędzy do basenu?
     Wyminąłem chłopaka, wchodząc z powrotem do salonu. Czemu ja tak właściwie pomagam Al?

Alison P.O.V.

- Gdzie pani była w nocy, kiedy zginął pani przyjaciel?- padło pierwsze pytanie. Zacisnęłam zęby, żałując, że obok mnie nie było Lou... właśnie. Dlaczego mnie pocałował? Przecież... ma dziewczynę i to nie byle jaką. Piękna, szczupła, zabawna... fani ją uwielbiają... no przynajmniej ta część, która wierzy, że Louis nie jest gejem, a jest ich zdecydowanie mniejszość*. W sumie nawet niektóre Larry Shippers, nie mają nic do zarzucenia El, oprócz tego, że ''podobno'' jest brodą dla Lou i Harry'ego. Uwielbiam oglądając ich filmiki o wielkiej miłości Larry'ego na Youtube. Te dziewczyny są naprawdę genialne...- więc?
     Spojrzałam na policjanta kręcąc głową. Cholera, musiałam odlecieć.
- Zadzwonił do mnie w nocy i poprosił o spotkanie. Chciał pogadać o jednej dziewczynie w której się zakochał.- skłamałam.- Pojechałam do niego, gadaliśmy, potem odwiozłam go do domu... i... tyle.
- Nie wierzę ci- odezwał się mężczyzna stojący obok biurka, uważnie mi się przypatrując.- Brałaś udział w nielegalnych wyścigach. Odpowiesz za to.


********
*- Dla wyjaśnienia: Ja sama należę do grupy Larry Shipper i naprawdę nie hejtuję Eleanor.

Bardzo przepraszam za:
1) jakość tej notki ale niestety jestem chora i nie myślę, niestety
2) Bardzo krótki odcinek- przepraszam Was :(
3) Tydzień temu nie było odcinka, ponieważ miałam awarię w domu. Przyjaciółka potrzebowała mojej pomocy i... tak wyszło :(

+ chcę Wam podziękować. Za co? Otóż... za to:
( kliknijcie to się powiększy )

Padłam na zawał, kiedy to zobaczyłam. Dosłownie. Nie mam pojęcia jak mam wam dziękować za tyle wejść w CIĄGU JEDNEGO DNIA!
Kocham Was :D



niedziela, 7 września 2014

Chapter XXXIII

****

Alison P.O.V.

     Kolejny raz podrzuciłam telefon w powietrze, szybko go łapiąc. Przyjrzałam się dokładnie obudowie i szybce, zauważając niewielkie rysy na folijce, którą już dawno powinnam wymienić. Zmrużyłam oczy naciskając klawisz blokady, skupiając swój wzrok na tapecie. Śpiący Lou... nie byłabym sobą, gdybym nie umieściła takiego pięknego widoku na zdjęciu. I tak... całkiem przypadkiem ustawiłam ją sobie jako tapetę, nie miało to nic wspólnego z tym co do niego czuję... cholera.
     Moje uczucia względem szatyna nie zmalały jak sądziłam, wręcz przeciwnie - wzrosły. Coraz trudniej było mi się kontrolować przed tym, aby nie chwycić go za rękę i przytrzymać, albo pocałować. Zagryzałam mocno wargi za każdym razem, kiedy się do mnie zwracał, albo patrzył. Cholernie trudno było mi opanować przyśpieszone bicie serca, poprzez nieznośnie urządzenie przypięte do mnie. Za każdym razem, kiedy niekontrolowanie zaczęło pikać, miałam ochotę zapaść się pod ziemię i modlić się o to, aby nikt nie wpadł na to, dlaczego moje serce przyśpiesza za każdym razem, kiedy Louis znajduje się obok mnie.
     Zerknęłam na godzinę, ponownie blokując telefon i opierając głowę o poduszki. W sali szpitalnej na chwilę obecną przebywałam sama, jednak doskonale wiedziałam, że długo to nie potrwa. Lada chwila wpadnie któryś z chłopaków, albo ich dziewczyn, które zaraz po tym jak dowiedziały się o moim kolejnym już pobycie w szpitalu, spakowały najpotrzebniejsze rzeczy i przyleciały do Irlandii. Byłam zła na siebie, że przez moją głupotę, wszyscy się zlecieli, aby mieć na mnie oko i wspierać w tych trudnych chwilach. Gdybym nie podcięła sobie nadgarstków w łazience, do niczego by nie doszło i nie leżałabym teraz tutaj, tylko w swoim łóżku i użalała się nad sobą.
     Czasami przyłapywałam się na tym, że myślałam o Chanie. Brakowało mi tego radosnego Japończyka i plułam sobie w brodę, że przywiozłam go do domu. Mogłam pojechać okrężną drogą, powiedzieć, żeby nocował u mnie, cokolwiek, aby tylko nie wszedł do tego przeklętego domu. Chan nie był zły, owszem ścigała go policja, był poszukiwany, ale nigdy nie skrzywdził nawet muchy, zawsze starał się wszystkim w okół siebie pomóc, był dla mnie... jak starszy brat.
     Ponownie spojrzałam na wyłączony telefon, marszcząc brwi, kiedy ekran wesoło zamigotał sygnalizując wiadomość tekstową. Niechętnie wzięłam go do ręki, przesuwając palcem i czytając wiadomość.
''W jakiej sali leżysz?''
     Znieruchomiałam wpatrując się w nadawcę. Zack. Cholera, co on tu robi? I skąd wie, że jestem w szpitalu?
'' Skąd wiesz, że jestem w szpitalu?''
     Nie minęła nawet minuta, kiedy otrzymałam wiadomość zwrotną. Zack był zniewalająco szybki w odpisywaniu na SMSy. Czasami było to niemal błogosławieństwem, a niekiedy przekleństwem.
''Dowiesz się. Gadaj, chyba, że mamy wydusić to z tej uroczej pielęgniarki? Nie chcemy tracić czasu na niepotrzebne gówno...''
     Zrezygnowana, podałam przyjacielowi numer sali, czekając aż się zjawi z swoim towarzyszem. Nie miałam pojęcia kogo postanowił ciągnąć ze sobą, aż do Irlandii, a ciekawość zżerała mnie od środka. Niecierpliwe wpatrywałam się w drzwi prowadzące do mojej sali, nie chcąc przegapić, kiedy metalowa klamka opadnie w dół. 
     Kilka sekund później drewniana powłoka uchyliła się, a ja mogłam zobaczyć zmęczoną twarz bruneta i zdenerwowaną szatyna. Zamrugałam zaskoczona oczami orientując się, że za ogromnym chłopakiem, znajduje się o wiele chudszy i niższy mężczyzna z zarostem na twarzy. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się kogo on mi przypomina a po chwili...
- Erick!- wyrwało mi się, a na twarzy wymienionego pojawił się zmęczony uśmiech. Szybko przeszedł dzielące nas kilka metrów i mocno mnie przytulił. Zaskoczona nieśmiało objęłam chłopaka za szyję, zamykając oczy. Jak mi tego brakowało...
- Co ci przyszło do tej głupiej głowy?- wyrzucił z siebie, odsuwając mnie na długość swoich ramion.- Po jaką cholerę podcięłaś sobie żyły?
- Ja...- jąkałam się. Nie miałam bladego pojęcia co mam powiedzieć chłopakom. Cholera- czułam się winna...
- Winna?- zagrzmiał Zack siadając na krześle obok łóżka i krzyżując ręce na piersiach.- Czemu miałabyś czuć się winna?
- Bo gdybym przyjechała kilka minut później Chan by żył!- wykrzyczałam, czując jak łzy powoli zbierają mi się do oczu.
- Alison...- mruknął patrząc w moje oczy.- Ty nie zbiłaś Chana. W jego domu podłożona była bomba, reagująca na ruch, więc nawet gdybyście przyjechali później i tak by wybuchła z chwilą, kiedy Chan otworzył drzwi, Nic nie mogłaś na to poradzić.
     Spuściłam głowę, oplatając rękoma kolana i zaciskając mocno dłonie w pięści. Przez cały pobyt tutaj, starałam się trzymać z dala tematu śmierci Japończyka, ale jak widać... najprościej będzie jak się z nim zmierzę. Z moich ust wyrwał się cichy szloch, a urządzenie monitorujące pracę serca, zaczęło nieznośnie pikać.
- Uspokój się... nie możesz się tym przejmować bo się wykończysz...- usłyszałam. Wzięłam głęboki wdech, starając uspokoić rozszalałe serce.- Posłuchaj mnie...- poczułam jak wielkie i silne dłonie Zacka chwytają mnie za ramiona.- Wiem, że nie chcesz do tego wracać, ale musisz... musimy dowiedzieć się, kto za tym stoi. Opowiedz nam wszystko od samego początku.
     Podniosłam głowę wpatrując się w ciemne oczy chłopaka. Wiedziałam, ze Chan był również jego przyjacielem i zasługuje na to, aby dowiedzieć się jak zginął. Jeżeli uda im się znaleźć tego, który go zabił... będę im wdzięczna.

Niall P.O.V.

     Mocniej ścisnąłem kaptur wchodząc do szpitala. Wokół mnie kręciło się kilkoro reporterów, którzy z niewiadomych źródeł, dowiedzieli się, że One Diretion kręciło się po tych korytarzach. westchnąłem zrezygnowany, uświadamiając sobie, że trzeba będzie wyłożyć większą sumę pieniędzy, aby nikt nie pisną ani słowa o Alison.
     Nie wstydziłem się siostry. Wręcz przeciwnie, byłem z niej cholernie dumny, jednak... nie chciałem, aby przez moją sławę cierpiała. Doskonale wiem, co by się działo, gdyby media dowiedzieli się o jej istnieniu - wszędzie, gdziekolwiek by się ruszyła, byłaby obserwowana przez paparazzi, zostałaby wystawiona na języki, wszyscy by ja zaczęli krytykować... A gdyby dowiedzieli się, że została zamieniona w szpitalu, zaraz po urodzeniu -  dopiero byłaby wojna. Wszystko to co do tej pory robiłem, było z troski o Alison.
     Nigdy, nie mogłem być tak dumny z dziewczyny co teraz. Miała zniewalająco silną psychikę, sądziłem, że po śmierci swojego przyjaciela i bycia tego świadkiem - zamknie się w sobie, przez co będę musiał zostać na dłużej w Mullingar, aby do niej dotrzeć. A tym czasem, owszem, starannie unikała tematu wypadku, ale nie wyglądała na tak zdesperowaną, aby odciąć się od wszystkich.
     Zamrugałem oczami, przekraczając próg windy i wciskając guzik z odpowiednim piętrem gdzie leżała blondynka. Zrzuciłem z głowy kaptur przeglądając się w lustrze i poprawiając swoje zmierzwione włosy. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia i niedbale oparłem się ramieniem o ścianę, odliczając kolejne piętra.
     Winda w końcu wydała z siebie charakterystyczny dźwięk i powolnym krokiem wyszedłem z niej kierując się w stronę korytarza pokoju Al. Po kilku metrach zatrzymałem się pod salą dziewczyny zaglądając do niej przez okienko, marszcząc brwi.
     Tyłem do mnie siedziało dwóch mężczyzn, którzy z niezmierną ciekawością przysłuchiwali się słowom blondynki. Jeden z nich, siedzący bliżej mnie, ubrany był w skórzaną kurtkę, która opinała jego mięśnie. Co chwilę rozluźniał i zaciskał dłoń, starając się opanować emocje. Jego towarzysz. wyglądał na zwykłego cherlaka bez mięśni. Widać było po jego postawie, że jest zmęczony i zdenerwowany. 
     Twarz Alison była cała blada z czerwonymi plamami na policzkach. Widziałem jak z jej oczu wypływają łzy i mocno zaciska dłoń na kołdrze. Zmrużyłem oczy zauważając jej trzęsącą się rękę. Kimkolwiek byli nieznajomi, zrobili coś przez co Ali... się popłakała.
     Zacisnąłem zęby, robiąc kilka kroków do przodu. Pora to zakończyć. Wyciągnąłem rękę, aby nacisnąć klamkę i...
- Pan Horan?- Do moich uszu dobiegł głos lekarza prowadzącego. Odwróciłem się i skinąłem głową.- Czy poświęci mi Pan chwilkę? Chcę omówić wyniki badań...- rzucił, a ja niepewnie zerknąłem na salę obok. Dziewczyna, wycierała policzki z łez, a jeden z mężczyzn usiadł obok niej i objął ramieniem. 
- Oczywiście.- mruknąłem wchodząc za lekarzem do gabinetu.

Alison P.O.V.

     Odetchnęłam głęboko, starając się uspokoić. Powrót do wydarzeń z kilku poprzednich godzin, nie był przyjemny, ale wiedziałam, że jestem to winna chłopakom. Kiedy tylko opuścili salę, chwyciłam poduszkę, przystawiłam ją do twarzy i krzyknęłam tak głośno jak tylko mogłam. Nie powiem, żebym poczuła się lepiej, ale chociaż pozbyłam się większość negatywnych emocji.
     Jakieś dziesięć minut po wyjściu Zacka i Ericka do sali wpadł uśmiechnięty Niall. Zmierzyłam go uważnie spojrzeniem, stwierdzając, że musiał się czegoś dowiedzieć. Blondynek, usiał na krześle i spojrzał na mnie przekrzywiając głowę.
- Co jest?- zapytałam po kilku minutach milczenia. Ciekawość jednak wzięła górę.
- Rozmawiałem z twoim lekarzem- rzucił klaszcząc w dłonie. Uniosłam zaskoczona brwi. Zachowywał się jak małe dziecko.
- I?- dodałam, kiedy nie kontynuował.
- Iiiii.... jutro z samego rana, zabieram cię do domu!- wykrzyczał uśmiechając się. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a po chwili zaczęłam się głośno śmiać z wygibasów brata. Latał po całej sali i cieszył jak małe dziecko z otrzymanego właśnie lizaka.- A więc... jutro zabieram cię na zakupy i nie znoszę sprzeciwu!- krzyknął kiedy w końcu się uspokoił.
     Wzruszyłam ramionami. I tak mu nie odmówię... nie ma szans.

*********
Okej.... a więc...
1) Przepraszam, że odcinka nie było w środę. Zaczęła się szkoła ( a idź do diabła) a ja jestem w 2 LO więc weszły mi już rozszerzenia ( polski, historia, angielski ) i szczerze mówiąc mam ogromy nawał prac. Pierwszy tydzień a ja już mam zapowiedzianą kartkówkę, sprawdzian i wypracowanie + 27 lektur do przeczytania T___T
2) Postaram się jakoś wbić na kilka godzin w środy i MOŻE dodać odcinek, ale nie obiecuję. Kiedy tylko ten szał minie, obiecuję, że będę dodawać więcej :D
3) Blog o Dan i Liamie... A więc... nie wyrobiłam się z nowym odcinkiem - przepraszam. Prace nad blogiem ruszą, kiedy otrzymam nowy szablon :P
4) Ponownie zabieram się za zakładkę SPAM... spokojnie, zaczynam wszystko ogarniać.
5) Ktoś zasugerował, abym zaczęła publikować opowiadanie również na wattpadzie... Czy ktoś może mi powiedzieć co to dokładnie jest? >.< 
6) Mam prośbę do Was. Czy możecie napisać co sądzicie o moim blogu? Tak szczerze? I czy historia zaczęła Was nudzić, czy ( jeszcze ) nie....
Dziękuję!
7) Ogłaszam konkurs, na dalsze losy Al. Piszcie w komentarzu, jak myślicie co się wydarzy w kolejnym odcinku, a ja najciekawszy pomysł wybiorę i na jego podstawie napisze odcinek :D
8) Blogspot zaczyna coś zmieniać... najpierw czcionka, teraz panel... Ja nie chce!!

18 komentarzy = next!

niedziela, 31 sierpnia 2014

Chapter XXXII


*****
Louis P.O.V.

     Powoli wszedłem do sali, gdzie leżała Alison. Jej blade, nieruchome ciało, podłączone było do różnych urządzeń, które wydawały z siebie dziwne dźwięki. Nie spuszczając z niej oczu, usiadłem na krześle obok jej łóżka, postawionym przez jedną dobroduszną pielęgniarkę i delikatnie chwyciłem jej lodowatą dłoń zamykając ją w swoich. Z moich ust wydobyło się ciche westchnięcie na widok jej zabandażowanych nadgarstków, w miejscu, gdzie się pocięła. Gładziłem opuszkami palców jej kłykcie, zastanawiając się, dlaczego to właśnie ona musiała być świadkiem zabójstwa swojego przyjaciela. To, że było to zabójstwo z premedytacją, policja stwierdziła już na samym początku. Ktoś doskonale wiedział, kiedy Chan wróci do domu, wiedział, kiedy bomba miała wybuchnąć, doprowadzając do eksplozji.
- Oj, Alison...- rzuciłem przypatrując się jej spokojnej, śpiącej twarzy- Czy ty zawsze musisz się w coś wpakować? Szczególnie w takie bagno? Co by było, gdybyś weszła z Chanem do domu?
     Zadrżałem na samą myśl, że dziwnym cudem, dziewczyna jeszcze żyła. Gdyby coś jej się stało... nie dałbym sobie rady.
Ona jest dla ciebie ważna...
     Pokręciłem głową, pozbywając się myśli. Alison była dla mnie jak młodsza siostra. Doskonale wiedziałem co musiała czuć, w końcu wychowałem się z samymi kobietami pod jednym dachem, a blondynkę zadziwiająco łatwo było rozgryźć. Przynajmniej dla mnie.
- Wiesz, że nie możesz leżeć tak cały dzień?- mruknąłem.- Musisz się w końcu obudzić, mała. 
     Puściłem jej dłoń, podpierając głowę rękoma. To był już drugi dzień, kiedy dziewczyna leżała nie dając znaku życia. Lekarze twierdzili, że w każdej chwili może się obudzić, jednak ta chwila przeciągała się niemiłosiernie. Mieliśmy szczęście, że żaden reportażyna nie zauważył nas w Irlandii i nie podał tej informacji dalej, bo nie mielibyśmy takiego spokoju. 
     Patrzenie na nieruchomą nastolatkę, był dla mnie jak cios prosto w serce. Chciałem znowu zobaczyć jej radosny uśmiech, poczuć jej perfumy, zobaczyć jak zabawnie marszczy nos, kiedy jest zła... jak na razie pozostało mi wpatrywanie się w jej bladą twarz.
     Rodzice Niall'a odpoczywali w domu, tak samo jak sam Horan i reszta chłopaków. Zmusić blondyna do wyjścia ze szpitala, graniczyło z cudem, jako cel honorowy przyrzekł sobie siedzieć przy siostrze, aż ta się nie obudzi. Dopiero po interwencji rodziców, że nie chcą oglądać swojego drugiego dziecka w szpitalu, z niechęcią opuścił pomieszczenie, a na końcu sam szpital.
- Siedzę tak tutaj sam... nie mam się do kogo odezwać... W normalnych warunkach zaczęłabyś paplać o jakiejś nowej sukience, którą ostatnio zobaczyłaś- wyjąkałem wbijając wzrok w sufit.- Cholera, nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale brakuje mi tej twojej bezsensownej gadaniny.
     Telefon w mojej kieszeni zawibrował, zmuszając mnie do wyciągnięcia go. Na ekranie zamigotała biała koperta, sygnalizująca nową wiadomość. Od niechcenia dotknąłem jej palcem, czekając sekundę, aż wiadomość załaduje się.
'' Co z nią?''
     Parsknąłem wymuszonym śmiechem orientując się, kim był nadawca. Niall. Ten dupek miał odpoczywać, a nie pisać wiadomości! Szybko wystukałem odpowiedź, a po jej wysłaniu zablokowałem telefon. Horan, jesteś kretynem.
'' Wyszedłeś stąd dopiero 20 minut temu i jej stan się nie zmienił. Idź spać, masz odpocząć. Za chwilę będziesz wyglądał jak cień własnego siebie.''
     Spojrzałem na śpiącą dziewczynę, orientując się, że mimika twarzy nieznacznie się zmieniła... albo to ja wymyślam? Tak z pewnością...
- Fajnie by było gdybyś się już obudziła...- powiedziałem sam do siebie, odgarniając włosy z czoła.- Ten debil, przestałby się przynajmniej zamartwiać.

Alison P.O.V.

     Zmrużyłam oczy, kiedy zbyt jasne światło oślepiło mnie na kilka sekund. Westchnęłam przeciągle, powoli rozglądając się dookoła. Sala szpitalna w której się znajdowałam, nie różniła się zbytnio od tych, w których kiedyś leżałam. Była nawet łudząco podobna. 
     Podniosłam rękę, aby poprawić zaplątany kosmyk włosów, kiedy mój wzrok przykuły bandaże na nadgarstkach. Momentalnie moją głowę zaczęły zalewać wspomnienia z feralnej nocy, kiedy zginął Chan. Zbłąkana łza, zakręciła się w kąciku moich oczu, jednak szybko ją wytarłam. Nie mogłam pozwolić, aby żal po stracie Chana mnie zdołował, on by tego nie chciał.
     Odetchnęłam głęboko, spoglądając na puste krzesło obok mnie. Na szafce nocnej leżał czyiś telefon, więc byłam pewna, że nie byłam sama. Zmarszczyłam brwi, wyciągając rękę po urządzenie, jednak w tej samej chwili drzwi do sali otworzyły się, a w progu stanął... Louis.
- Alison!- zawołał uśmiechając się radośnie. Ulga jaka zagościła na jego twarzy, uświadomiła mi jak wszyscy musieli się o mnie martwić.- Nareszcie się obudziłaś!- krzyknął podchodząc do mnie i mocno obejmując. Zaśmiałam się pod nosem, czując znajome perfumy Lou. Moje ulubione...
- Co ty tu robisz?- zapytałam, kiedy szaleńczy uścisk chłopaka dobiegł końca.- Masz trasę koncertową- starałam się zignorować szaleńcze bicie serca, jednak maszyna, która była do mnie podłączona nie ułatwiała mi tego. Po sali natychmiast rozległ się przyśpieszony dźwięk, a po kilku sekundach do sali wpadł lekarz. Spojrzał na mnie, a kiedy zauważył, że jego pacjentka się obudziła, szeroko się uśmiechnął.
- Witamy wśród żywych!- zawołał, zbliżając się do mnie i spoglądając na pracę maszyn.- Widzę, że serce dobrze pracuje... jednak... wypadałoby trochę zwolnić.- rzucił zezując na Lou. Zaczerwieniłam się, zdając sobie sprawę, że mężczyzna doskonale wie, co, a raczej kto wywołał u mnie taką reakcję.- Boli cię coś?- spojrzał na mnie badawczo. Pokręciłam głową uśmiechając się.- Dobrze... poproszę pielęgniarkę, aby odłączyła cię od kroplówki. Jeżeli wyniki będą dobre, już jutro wyjdziesz...- dodał, widząc na mojej twarzy nieme pytanie. Skinęłam głową, czekając, aż doktor puści salę.
- Więc? Co ty tu robisz?- powtórzyłam rzucając Tomlinsonowi, groźne spojrzenie.
- Twoja mama zadzwoniła w nocy do Nialla, a ten narobił takiego hałasu, że chcąc nie chcąc usłyszeliśmy wszystko.- wzruszył ramionami.- Nie mogliśmy go puścić samego, więc... oto jesteśmy.
     Wywróciłam oczami, głęboko wzdychając. Wygląda na to, że mój brat siłą rzeczy dowie się o wszystkim co robię.
- Jak... jak się czujesz?- widziałam jak szatyn wypowiada to pytanie z niepewnością. Zastanowiłam się, niewiedząc co mam mu odpowiedzieć. Jak ma się czuć osoba, która była świadkiem zabójstwa swojego przyjaciela?
- Nie wiem...- szepnęłam kuląc się.- To nadal do mnie nie dotarło.
     Chłopak westchnął przyciągając mnie bliżej siebie i przytulając, przez co aparatura zaczęła nieznośnie piszczeć. Zaśmiałam się widząc, jak zdezorientowany chłopak uskakuje ode mnie, nie wiedząc co się dzieje.
- Nie chcesz wiedzieć, jak mi poszło na wyścigu?- zmieniłam temat, przekrzywiając głowę i spoglądając na niego. Skinął głową- Wygrałam.- rzuciłam od niechcenia. - Musisz wyciągnąć z bagażnika torbę z pieniędzmi. Chan...- chrząknęłam, kiedy poczułam jak mój głos się załamuje- schował ją tam zanim... u...umarł.
- Policja już się tym zajmuje- usłyszałam, ale zanim zdążyłam dopytać chłopaka p szczegóły do sali wkroczyła pielęgniarka. W tym czasie Louis wyciągnął telefon, wystukał coś na ekranie i odłożył go z powrotem.- Napisałem do Harry'ego, że się obudziłaś. Martwią się o ciebie.
-Oh...- wyrwało mi się.- A... jak tam Eleanor?- zapytałam. Dziewczyna ani trochę mnie nie interesowała, ale wiem, że rozmowa o niej na pewno uszczęśliwi Louisa. A kiedy on był szczęśliwy... ja również.
- Eleanor?- podrapał się po brodzie- Nie mam pojęcia. Ostatni raz dzwoniła... tydzień temu. Wspomniała, że ma jakieś egzaminy i musi się uczyć...
     Zmarszczyłam brwi. Egzaminów o tej porze już nie ma. Są tylko poprawki... Zmrużyłam oczy zastanawiając się, czy panna Calder, przez przypadek czegoś nie ukrywa. Po jaką cholerę miałaby okłamywać Lou? Jest dobrą uczennicą, więc na sto procent nie ma poprawki...
- Cóż... sądzę, że niedługo zadzwoni- uśmiechnęłam się. A żebyś się udławiła, suko.

Zack P.O.V.

- Zack!- nagły krzyk, spowodował, że przestraszony podskoczyłem tym samym uderzając głową o maskę samochodu. Z moich ust wydobyła się wiązanka przekleństw pod adresem osoby, która ośmieliła się mi przerwać pracę nad moim samochodem.- Zack!
- Kurwa czego?- warknąłem w kierunku Ericka, który jak oparzony wbiegł do mojego warsztatu.- Żeby to było coś ważnego, bo mi przeszkodziłeś.- mężczyzna spojrzał na mnie i warknął cicho w moim kierunku na co uniosłem do góry ręce w geście poddania.- Gadaj, czasu nie mam.
- Chan nie żyje- wyrzucił z siebie. Znieruchomiałem wpatrując się w twarz przyjaciela, mając nadzieję, że to było kłamstwo.- został zamordowany- dodał po chwili.
     Z wściekłością, zatrzasnąłem klapę samochodu, uderzając w nią z całej siły. Blacha wygięła się pod wpływem uderzenia, zostawiając na niej odcisk mojej dłoni.
- Kiedy i jak?- wysyczałem, opierając się o zniszczony samochód. Nie mogłem uwierzyć, że mój przyjaciel z dzieciństwa nie żyje.
- Wczoraj w nocy... Ktoś podłożył bombę u niego w domu.- zacisnąłem pięści, czując jak krew zaczyna we mnie buzować. Kto byłby na tyle mądry, aby... wysadzić dom w powietrze?- Ale... Zack, to nie koniec.
     Odwróciłem się kierunku jedynego przyjaciela, który mi został. Na jego twarzy widać było niepokój i niepewność, czy powiedzieć mi coś jeszcze. Zmarszczyłem brwi, oddychając głęboko.
- Po prostu to powiedz. Może niczego nie zniszczę.- mruknąłem.
- Alison była tego świadkiem. Upiła się i podcięła sobie żyły. Leży teraz w szpitalu.

~*~
Ta bum, tss...
Kto nie pamięta jak wygląda Zack i Erick- zapraszam do bohaterów :D
Dzisiaj ostatni dzień wakacji ( uuups ) a jutro pora do szkoły :( A może by tak... zrobić sobie jeszcze miesiąc wolnego?
Jak widzicie wprowadziłam narracje ( dziękuję natasza, tak btw. nie wiem czemu ale twoja nazwa skojarzyła mi się z Seleną mówiącą: '' Hi Baszia!'' :D ), i muszę przyznać... że muszę się przyzwyczaić :P
Odcinki 2 razy w tygodniu, kto się cieszy?
Co tam jeszcze... Nadrabiam zakładkę SPAM ( w końcu ) i... to chyba tyle...
Na marginesie powiem, że nigdy więcej nie kupię polskiego telefonu, nie dość, że beznadzieja, to szybko się psuje. Mam go od czerwca i już miał dwie awarie!
Okej, poskarżyłam się :D
Miłego roku szkolnego ( co ja gadam? )!!!
P.S. Wczoraj opublikowałam kolejny list TUTAJ oraz zwiastun opowiadania o Dan :D KLIK i Klik. A no i zapraszam na 5 rozdział opowiadania i pozostawienia po sobie śladu ( kochacie Liama, nie? :D ) Kliknij na mnie!
Taaa... to chyba wszystko :D

18 komentarzy ----> next!

środa, 27 sierpnia 2014

Chapter XXXI


****

     Ulica wokół mnie pełna była spanikowanych ludzi, krzyczących coś do siebie i wskazujących na płonący dom. Niebieskie światła, oślepiły mnie na chwilę, a zaledwie kilka sekund później zostałam odepchnięta z środka ulicy, przez umięśnionego policjanta. Chwyciłam się kurczowo jego kurtki, zapierając się nogami i nie pozwalając się odsunąć.
-Chan*- wyszeptałam na zdziwione spojrzenie mundurowego- Tam jest Chan, ja muszę do niego iść!- krzyknęłam, próbując za wszelką cenę wyrwać się mężczyźnie. Policjant zmrużył oczy popychając mnie, za żółtą taśmę, a kiedy upewnił się, że przez nią nie przejdę, odszedł bez słowa do radiowozu i zaczął mówić coś przez radiowęzeł.
     Załzawionymi od ilości dymu oczami spoglądałam na płonący dom, modląc się, aby zobaczyć wychodzącego ze środka przyjaciela, całego i zdrowego. Straż gasiła pożar, a sanitariusze, krążyli wokół ludzi, szukając rannych. Po chwili do moich uszu dobiegł głośny krzyk strażaka, który niósł jakieś ciało i machał do znajdującego się najbliżej sanitariusza. Znieruchomiałam rozpoznając włosy Chana.
- Ledwo wyczuwalny puls!- krzyknął strażak, kładąc na ziemi Japończyka.
- Szybko, trzeba go reanimować!- warknął jeden z sanitariuszy, rozdzierając koszulę na jego piersi. Ułożył odpowiednio dłonie, zaczynając uciskać klatkę piersiową i głośno licząc. Jego koledzy w tym czasie pobiegli po nosze, aby przetransportować go do karetki, a potem do szpitala.- Butla z tlenem!- zawołał, a po chwili do ust Chana, przyłożona została maska podłączona, do z daleka wyglądającej gumowej butelki.- Tracimy go!
     Zachwiałam się, upadając na kolana. Chciałam krzyczeć, aby go ratowali, ale głos uwziął mi w gardle. W milczeniu obserwowałam dalsze poczynania lekarzy, modląc się w duchu, aby zdążyli uratować Chana. Walka o jego życie trwała kilka minut. Kiedy rodziła się we mnie nadzieja, że jednak Japończyk będzie żył, lekarz przestał uciskać jego klatkę piersiową i spojrzał z bezradnością na kolegów.
- Czas zgonu: 3:48- mruknął spuszczając głowę.
     Z moich ust wydobył się cichy krzyk. To niemożliwe. Chan nie mógł umrzeć, nie tak, nie teraz... Zamknęłam oczy pozwalając spłynąć łzom po moich policzkach. Już nigdy nie zobaczę tego radosnego uśmiechu, już nigdy nie usłyszę jego słów, kiedy chciał mnie przekonać do wyścigu, już nigdy nie zobaczę go pracującego w warsztacie...
''-Alison, pamiętaj, że jeżeli będziesz kiedyś na miejscu, gdzie jeden z nas będzie umierał i znajdzie się tam policja, musisz jak najszybciej stamtąd uciec.- rzucił chłopak zerkając na mnie znad maski samochodu.
- Czemu?- zapytałam bawiąc się sznurówkami swojego buta.- Chan, dlaczego mam uciekać?
- Bo wtedy, nam nie będzie można już pomóc, a gliny szybko odkryją kim jesteśmy. Połączą cię z nami i trafisz za kratki za wyścigi.- powiedział wycierając dłonie w brudną od smaru szmatę.- Obiecaj mi to Alison, obiecaj, że gdy jednemu z nas coś się stanie, ty nie będziesz próbowała nas ratować, tylko odjedziesz z miejsca zdarzenia najszybciej jak się da. Policja nie może cię połączyć z nami, pamiętaj. Obiecujesz?
     Spojrzałam na chłopaka, nadal nic nie rozumiejąc. Co miałoby im się stać? Przecież są doskonałymi kierowcami i mechanikami, czemu mieliby umierać?
- Obiecuję.'' 
     Zamrugałam oczami, przypominając sobie dawno odbytą rozmowę z chłopakiem. Wtedy tego nie rozumiałam, ale teraz... to zupełnie inna sprawa. Musiałam stąd uciec. Musiałam stąd odjechać, zanim policja odkryje kim był Chan i co robił. Szybko mnie z nim powiążą.
     Na trzęsących się nogach odeszłam w stronę mojego samochodu, wsuwając się na siedzenie kierowcy. Wiem, że nie powinnam prowadzić w takim stanie, ale nie mogłam dłużej patrzeć na bezwładne ciało mojego przyjaciela, wiedząc, że gdybym przyjechała kilka minut później pod jego dom, on nadal by żył. Odpaliłam silnik auta trzęsącymi się rękoma, a chwilę później kurczowo trzymałam już kierownicę. Wyjechałam z ulicy z piskiem opon z ciągle spływającymi po policzkach łzami.
     Wymijałam kolejne auta, które jechały przede mną, nie kłopocząc się z tym, aby włączyć kierunkowskaz, by w porę ich ostrzec. Omijałam wściekłych kierowców i trąbiące samochody, chcąc znaleźć się jak najszybciej w domu, schować się w swoim pokoju i pozwolić by wyrzuty sumienia mnie zjadły.
     Po kilku minutach znalazłam się na podjeździe, gdzie zostawiłam samochód i szybkim krokiem przeszłam dzielące mnie kilka metrów od domu. Cicho zrzuciłam buty, idąc do kuchni i zabierając po drodze butelkę wódki. Powoli weszłam po schodach, aż w końcu mogłam skryć się w swoim pokoju.
     Gorzki płyn spływający po moim gardle odrzucał mnie, jednak nie przestawałam go pić. W tej chwili marzyłam tylko o tym, aby upić się i nic nie czuć, nie wiedzieć wybuchającego domu Chana, jego bezwładnego ciała w ramionach strażaka i wyrazu twarzy lekarza, kiedy stwierdził, że już nic nie można zrobić.
     Odstawiłam butelkę od ust, ignorując pieczenie i odruch wymiotny, który momentalnie się pojawił. Po moich policzkach nadal spływały łzy, a ja nie miałam zamiaru ich ścierać. Zdenerwowana, wstrząśnięta i rozkojarzona niepewnie wstałam i z butelką w ręku przemaszerowałam do łazienki, gdzie spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Oczy błyszczały od łez i wypitego alkoholu, policzki były całe czerwone od płaczu, a makijaż całkowicie rozmazany. 
     Zamknęłam oczy, podnosząc kolejny raz butelkę i wypijając na raz pół jej zawartości. Szyjka alkoholu wyślizgnęła się z mojej drżącej reki, rozbijając się na płytkach na drobne kawałeczki, raniąc moje stopy. Wściekła z mojej niezdarności zacisnęłam dłoń w pięść i jednym mocnym ruchem, uderzyłam nią w lustro, powodując, że szklana powłoka, rozbiła się, opadając na podłogę, wytwarzając przy tym niewyobrażalny hałas. Zachwiałam się, a po chwili klęczałam już na podłodze z kawałkiem rozbitego szkła w ręce. Przyłożyłam go do nadgarstka, nacinając skórę i obserwując jak moją już i tak zraniona i zaczerwieniona od krwi ręka, pokrywa się nowymi kroplami czerwonego płynu. Zaszlochałam, chowając głowę w ramiona, zaciskając mocno palce na kawałku szkła, ignorując przejmujący ból w moim ciele.
- Alison!- z oddali usłyszałam znajomy krzyk, jednak nie podniosłam głowy, aby sprawdzić, kto był posiadaczem głosu.- Boże, dziecko, coś ty narobiła?!
     Czyjeś dłonie, delikatnie podniosły moją głowę, zaglądając w moje zrozpaczone oczy. Zamrugałam, odganiając łzy, aby w końcu zobaczyć kim była ta tajemnicza osoba. Mama.
     Kobieta chwyciła mnie za rękę, która ciągle ściskała kawałek szkła i powoli wyciągnęła go z moich zaciśniętych palców, a potem mocno przeciągłą mnie do swojej piersi. Czułam jak jej klatka piersiowa zadrżała pod wpływem słów jakie wypowiadała, jednak ja jej nie słyszałam, przez mój własny, głośny szloch.
- On nie żyje- wyjąkałam, zakrywając usta ręką. Dłoń mamy opiekuńczo gładziła mnie po plecach, powodując, że powoli zasypiałam.- Chan nie żyje, mamo... A ja go zabiłam.

~*~

     Dzwoniący telefon wyrwał mnie z błogiego snu, powodując nagły powrót do rzeczywistości. Przekląłem pod nosem, żałując, że przed snem nie wyciszyłem dźwięków, przez co każdy kretyn mógł mnie obudzić. Podniosłem rękę, sięgając na półkę po dzwoniące urządzenie i niechętnie uchylając oczy, zerkając na wyświetlacz. Jeżeli to któryś z chłopaków, to obiecuję, że ich zabije. 
     Jasność ekranu oślepiła mnie na kilka sekund, ale po chwili mogłem ujrzeć zdjęcie mojej rodzicielki i podpis: ''Mama''. Zaskoczony, przesunąłem palcem po ekranie, akceptując połączenie.
-H..halo?-wyjąkałem, podpierając ręką głowę.- Co się stało?
- Niall- głos mojej rodzicielki, nie wyrażał emocji. Był... pusty. Zmarszczyłem brwi, podnosząc się na łóżku i wpatrując się w ścianę przede mną.- Uznałam, że musisz to wiedzieć.
- Mamo...?- zapytałem niepewnie. Co się do cholery mogło stać?!
- Alison jest w szpitalu... była świadkiem zabójstwa swojego przyjaciela.- usłyszałem po kilku sekundach. Telefon momentalnie wyślizgnął się z mojej mokrej od potu ręki, a ja szybko wyskoczyłem z łóżka, na oślep ubierając ubrania. 
     Wybiegłem z pokoju, który dzieliłem razem z Liamem i pobiegłem do apartamentu Paula, po drodze zakładając buty. Uderzyłem pięścią w drzwi, czekając, aż manager ruszy swoją łaskawą dupę z łóżka i mi otworzy. Po minucie, stanął przede mną, całkowicie zaspany i ledwo żywy. Zmierzył mnie zdezorientowanym spojrzeniem.
-Niall... czy ty wiesz, która jest godzina?- ziewnął opierając się o framugę drzwi i przymykając oczy.
- Wracam do Irlandii. Alison jest w szpitalu- rzuciłem szybko, odwracając się na pięcie i wbiegając z powrotem do swojego pokoju. Wiedziałem, że Paul nie puści mnie do domu w środku trasy, ale nie mogłem siedzieć bezczynnie, kiedy moja siostra leży w szpitalu. Musiałem do niej lecieć, to w końcu moja siostra, do cholery!
- Niall, ty chyba sobie żartujesz?!- ryknął mężczyzna podchodząc do mnie, kiedy pakowałem ubrania do torby.- Teraz, w środku trasy, chcesz lecieć do Irlandii?
- Tak, Paul...- rzuciłem wymijając go i zakładając kurtkę.- Alison, była świadkiem morderstwa, rozumiesz?- spojrzałem na niego. Zamrugał zaszokowany oczami, cofając się kilka kroków.- Teraz wylądowała w szpitalu, muszę tam być!
- A co z koncertami?
- Przecież i tak mamy tydzień wolnego, więc żadnego koncertu nie opuszczę- syknąłem, biorąc do ręki torbę.- Załatw mi jak najszybszy lot do Irlandii... jadę na lotnisko.- odwróciłem się w stronę drzwi, aby wyjść z pokoju, jednak uniemożliwiła mi to reszta chłopaków. Stali w progu, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem, skutecznie odgradzając mnie od korytarza. Westchnąłem sfrustrowany, podchodząc do nich.- Chłopaki ja na serio, nie mam teraz czasu...
- Chyba nie sądzisz, że pozwolimy ci tam jechać?- rzucił Zayn przypatrując mi się.- Na pewno nie bez nas. Daj nam pięć minut i jedziemy na lotnisko. Paul- zwrócił się do naszego managera- bierzemy nasz samolot.
    
~*~
     
     Lot samolotem, a potem droga do szpitala z odchodzącym od zmysłów Niallem dłużyła się niemiłosiernie. Zagryzałem wargi z zdenerwowania, starając się nie wybuchnąć na widok krzyczącego na wszystkich przyjaciela. Rozumiałem, że był przerażony tym co stało się jego siostrze i chciał jak najszybciej znaleźć się w szpitalu, dlatego ani ja, ani żaden z chłopaków nie zwracaliśmy mu na nic uwagi, pozwalając się na nas wyżywać. W szpitalu natychmiast zostaliśmy pokierowani do sali, gdzie leżała Alison, a przed jej drzwiami stali jej rodzice, cicho ze sobą rozmawiając. Horan natychmiast do nich podbiegł wypytując się o stan Al, podczas gdy my, niepewnie zbliżyliśmy się do szyby, dzięki której mieliśmy doskonały widok na łóżko, gdzie leżała dziewczyna. Jęknąłem kiedy, mój wzrok padł na nieprzytomną blondynkę. Już nie przypominała mojej dawnej i radosnej Alison.
     Jej skóra była nienaturalnie blada, tak samo jak jej wargi. Prawa dłoń była owinięta bandażem od palców, aż do łokcia, natomiast u lewej bandaż oplatał tylko jej nadgarstek. Na policzkach miała rozcięcie, które prawdopodobnie zostało już zaszyte, sądząc po opatrunku, który zmieniała jej teraz pielęgniarka. Podłączona była do kroplówki oraz do respiratora, który monitorował jej pracę serca. Wyglądała... na martwą.
-Niall, co z nią?- odezwałem się podchodząc do Irlandczyka po kilku minutach bezustannego wpatrywania się w dziewczynę. Przed oczami nadal miałem zawinięte nadgarstki Al... wyglądało to, jakby dziewczyna się pocięła.
- Nic jej nie będzie- powiedział siadając na krześle, obok swojej mamy.- Była pod wypływem alkoholu, kiedy... rozbiła lustro i rozcięła sobie nadgarstki. Rodziców obudził łoskot zbitego szkła i szybko pobiegli do niej do pokoju. Mama została z Al, a tata dzwonił na pogotowie i wtedy... powiedziała, że zabiła Chana.- wykrztusił ukrywając twarz w dłoniach. Usiałem obok niego, kładąc swoją dłoń na jego ramieniu. Alison zabiła Chana? To niemożliwe. Ta dziewczyna nie chciała nawet muchy zabić, a co dopiero człowieka.- W drodze do szpitala, w wiadomościach usłyszeli o eksplozji domu na drugim końcu miasta. Podali imię i nazwisko właściciela, który akurat w nim przebywał. To był on. Policja ogłosiła, że szukają blondynki, która była świadkiem tego zdarzenia. Podali dokładny opis Alison.
     Zamknąłem oczy, ciężko wzdychając. Czasami podejrzewam, że blondynka przyciąga kłopoty do siebie jak magnes.
- Będzie dobrze, Niall. - powiedziałem cicho, odwracając głowę w jego kierunku.- Lekarze mówili, kiedy się obudzi?
- W każdej chwili, Louis. W każdej chwili.

~*~
Okej. Można ukręcić mi głowę, macie pozwolenie.Odcinek z 3-dniowym opóźnieniem... Auć.

Dziękuję za:
- 17 komentarzy pod ostatnim postem
i
- 38 obserwatorów! :D

*- Kilka osób zwróciło mi uwagę, że źle pisze imię Chana, powinno się je pisać przez ''H". Tak wiem, ale specjalnie pisze przez ''CH", aby nie było takiego podobieństwa do Hana z Szybkich i wściekłych ;)